23 września 2017

Musiałam usłyszeć, że nie zwariowałam


Byłam u psychologa. Przepłakałam całą wizytę. Opowiadałam tylko o sobie. Jak na dziewiętnaście lat było tego sporo i nie było to proste do wyjaśniania. Dałam radę. Psycholog powiedział mi wtedy kilka rzeczy.

I nie było to "jesteś wariatką, wyolbrzymiasz".

Na drugiej wizycie byłam pół godziny i stwierdziłam, że już nie potrzebuje kolejnych.

Zrozumiałam po prostu, co jest ze mną nie tak. I wiem, że muszę pracować nad sobą jeszcze bardziej niż wcześniej.

A co najważniejsze- muszę nauczyć się dzielić swoimi myślami z innymi, z bliskimi. Bo tego nie potrafię. Duszę sobie wszystko pod warstwą "nic mi nie jest, wyśpie to i będzie dobrze". I to działa. Do momentu przeładowania kompletnego, kiedy leżę w łóżku i mam dość wszystkiego. Tak bywa. Tak jest.

Czy to źle, że poszłam do psychologa? Nie. Bez tego, nie zrozumiałabym, co muszę zmienić. I męczyłabym się ze sobą zdecydowanie dłużej.

Nie lubiłam siebie. Teraz lubię trochę bardziej. Pewnie zmieni się to jeszcze kilkanaście razy. Nie jest to ważne.

Będzie lepiej. Dzisiaj było lepiej. Poczułam to siedząc w ławce na rozpoczęciu roku w zaocznej szkole.

Bo chce ją skończyć i nie zapowiada się, żeby niebo spadło mi na głowę. A nawet jeśli to cóż...raz już spadło, drugi raz też, a ja wciąż się jakoś trzymam.

Jestem trochę złamana w środku. Trochę zdrętwiałam. Takie jednak jest chyba dorastanie.

Dostając po dupie  nauczyłam się, że jestem w stanie dać sobie radę. I to całkiem dobrze.

Skoro ja dałam radę, to ty też. Bo czemu by nie.


 zdjęcie pochodzi ze strony tumblr.com 

5 sierpnia 2017

Cześć...

To Ja. Istota homo sapiens, która chciałaby się czymś podzielić. Dlatego będę tutaj pisać. Nie wiem, w jakim kierunku pójdę. To ten.

Pa.